W Paryżu popsuła się pogoda, a to oznacza, że nadszedł czas letnich imprez pod gołym niebem… Dla mnie osobiście liczy się przede wszystkim Cinema au plein air w Parku de la Villette – miesiąc darmowych seansów filmowych w moim ulubionym parku, a co najważniejsze odpowiednio blisko domu, więc zawsze można szybko uciec przed deszczem ;-) W zeszłym roku pierwszy seans, na który się wybrałam został odwołany właśnie z powodu pogody – choć paru nieustraszonych piratów (mieli być wyświetlani “Piraci z Karaibów”, wiele osób pojawiło się więc w całym pirackim rynsztunku) kontynuowało dzielnie imprezę pod Grande Halle de la Villette do późnej nocy :-) Ciekawe jak będzie dzisiaj, póki co prognoza pogody i chmury za oknem wskazują na to, że tradycji może stać się zadość…
W tym roku festiwal świętuje swoje dwudziestolecie, temat przewodni (Avoir 20 Ans) został więc odpowiednio dobrany – pokazywane są filmy z dwudziestolatkami (lub bardziej ogólnie – młodymi ludźmi) w roli głównej. Organizatorzy skomponowali repertuar bardzo przekrojowo – zobaczymy utwory z całego świata, począwszy od tych kręconych jeszcze w latach 50-tych ubiegłego wieku (jak chociażby inaugurujący przegląd “Dziki” László Benedeka z młodym i pięknym Marlonem Brando) po produkcje całkiem świeże (”Vicky Cristina Barcelona” Allena, rumuński “4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni”, “Persepolis” Satrapi czy mój ulubiony “Juno”). W programie znajduje się parę prawdziwych klasyków światowego kina (”Absolwent” Mike’a Nicholsa, “Mechaniczna pomarańcza” Kubricka), zobaczymy filmy Felliniego, Jarmuscha, Formana, Takeshi Kitano, Gusa Van Santa, Cedrica Klapischa i wielu innych. W tym roku projekcje niektórych filmów (głównie te weekendowe) będą poprzedzone krótkometrażowymi etudiami “w temacie”. Cały program znajdziecie tutaj. Projekcje rozpoczynają się codziennie po zapadnięciu zmierzchu (około 21.30-22.00), oprócz poniedziałków. Kocyk (lub leżaki, które można wypożyczyć na miejscu), zestaw piknikowy, jedzonko, wino i/lub szampan, a czasem i parasolka nieobowiązkowe, choć mocno zalecane. Festiwal potrwa do 22 sierpnia.
Dla tych, którzy wolą moknąć w ten weekend bliżej centrum polecam koncert Leszka Móżdżera, który w ramach festiwalu “Chopin au Jardin du Luxembourg” jutro o 17.00 zagra jazzowe interpretacje dzieł mistrza w Ogrodzie Luksemburskim właśnie. Tydzień później w tym samym miejscu o tej samej porze będzie można posłuchać Piotra Palecznego i Warszawskiej Orkiestry Symfonicznej. Więcej o festiwalu na stronie www.institutepolonais.fr.
A w przyszłym tygodniu rusza kolejna edycja Paris Plage oraz liczne imprezy towarzyszące – miejmy nadzieję, że pogoda się do tego czasu zreflektuje… i że będzie pod chmurką, a nie pod deszczową chmurą!
Przez ostatnie parę tygodni, jak co roku na przełomie czerwca i lipca, w Paryżu dużo się paradowało. Najpierw paradowali geje i trans w kilkusettysięcznym Marszu Dumy, następnie przedstawiciele departamentów zamorskich w zeszłotygodniowym tropikalnym karnawale, a przez ostatnie parę dni w kreacjach mistrzów na pokazach haute couture paradowały modelki. Aż dziw, że do tych pochodów nie dołączyli jeszcze prawdziwi mistrzowie paryskiego paradowania i nie zorganizowali konkurencyjnej parady strajkujących (no ale może lato to okres kiedy Francuzom wyjątkowo nie chce się strajkować – zresztą po co, skoro można po prostu wyjechać na miesięczne wakacje ;-)).
Coroczny Marche des Fiertes i Carnival Tropical to imprezy dla mnie nie do przegapienia (zwłaszcza, że ta ostatnia paraduje niemal pod moim oknem). “Paradami” Diora, Valentino, Givenchy, Chanel i spółki też bym w sumie nie pogardziła, no ale jakoś tak się złożyło, że do tej pory nikt mnie na nie zaprosił ;-) Czekam więc aż projektanci tudzież Fédération Francaise de la Couture się w końcu zreflektują, a w międzyczasie przedstawię Wam parę migawek z tego jak my, ludzie których nie zapraszają na paryskie salony, potrafimy bawić się na ulicach ;-)
Najpierw Marche des fiertés, czyli paryski odpowiednik Parady Równości. Muszę przyznać, że w porównaniu do imprezy zeszłorocznej, tegoroczna parada trochę mnie rozczarowała. Wydawała się zdecydowanie mniejsza i taka jakby mniej “odjechana”, atmosfera była trochę mniej imprezowa, a grupy tańczącyh w transie młodych ludzi podążających za paradnymi wozami organizacji gejów, lesbijek, transwestytów i transseksualistów nie tak liczne i rozszalałe jak ostatnio… Powodem mogły być konkurencyjne paryskie imprezy – chociażby odbywający się w ten sam weekend festiwal Solidays, który adresowany jest po części do tej samej grupy docelowej, która bawi się co roku na Marszu Dumy, a który w tym roku miał wyjątkowo silny muzycznie skład (nadal żałuję, że się zagapiłam i nie zdążyłam kupić karnetu). W każdym bądź razie miałam wrażenie, że w tym roku na paradzie mniej było osób wyglądających tak:
a więcej wyglądających tak:
Ale może to ja przez ten rok w Paryżu się po prostu rozpuściłam i zblazowałam i pewne rzeczy nie robią już na mnie takiego wrażenia? ;-) Bo było przecież też atrakcyjnie – w tym roku na przykład zanotowaliśmy wyjątkowy wysyp aniołów, niektórych całkiem przystojnych:
Parada mimo wszystko należy do moich ulubionych imprez paryskich, przypomina mi bowiem o tym, że mieszkam w niezwykle tolerancyjnym mieście – mieście, w którym sześdziesięcioletni Paryżanie i całe rodziny z dziećmi kibicują poprzebieranym lub roznegliżowanym “seksualnym odmieńcom” i w mieście, którego burmistrz wysyła oficjalne przeprosiny do organizatorów kiedy wyjątkowo nie może uczestniczyć w paradzie gejów.
[Więcej zdjęć z tegorocznego Marche des Fiertes możecie obejrzeć tutaj.]
Carnival Tropical natomiast zaskoczył mnie w tym roku bardzo pozytywnie. To coroczny kolorowy pochód przedstawicieli francuskich departamentów zamorskich, barwna i roztańczona parada przedstawicieli mieszkających w Paryżu mniejszości. (Mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że to taki paryski odpowiednik londyńskiego Notting Hill Carnival – gdyby nie to, że podczas moich 4 lat w Londynie na słynny egzotyczny karnawał nie udało mi się dotrzeć…) Rok temu zastaliśmy tropikalnych paradników już mocno zmęczonych (mieszkamy przy Porte de Pantin, gdzie impreza się kończy, więc leniwie wybraliśmy się na jej sam koniec). No a wiadomo, że takie paradowanie to nie bułka z masłem – trzeba przejść długie kilometry, w mocno niewygodnych strojach, przy ogłuszającej czasem muzyce, w popołudniowym skwarze, wciąż waląc w bębny, energicznie tańcząc lub entuzjastycznie pokrzykując – a do tego przez długie godziny się uśmiechać i nie wychodzić z roli… Nie dziwota więc, że czasem zdarzy się człowiekowi ziewnąć ;-)
Tegoroczni “tropikalni” mieli jednak wyjątkowo dużo werwy, imprezowa atmosfera zdecydowanie wygrała w tym roku z Marszem Dumy, a niezwykle liczny, roztańczony i rozśpiewany tłum bawił się do godzin wieczornych – odłosy mniej lub bardziej “grzecznych” ekscesów dochodziły do nas zza rogu jeszcze podczas oglądania wieczornego meczu w naszej lokalnej kafejce. Poniżej kilka zdjęć, więcej znajdziecie tutaj.
I na koniec dowód na to, że nie tylko ja obsesyjnie zaliczam paryskie parady… są nawet fani, którzy tak przygotowują sobie kostium, by móc się załapać zarówno na pochód gejowski, jak i tropikalny. Oto chociażby Pan Łoś, najpierw w wersji “wyzwolonej seksualnie”…
…a tydzień później w wydaniu “multikulturowym” ;-)
Najbliższy tydzień w Paryżu będzie rozbrzmiewał muzyką w różnych stylach i formach.
Zaczynam oczywiście od poniedziałkowej Fete de la Musique (21 czerwca). Co roku w czerwcu Paryż zamienia się na jeden dzień w Miasto Muzyki – gra się wszędzie (w klubach, na stadionach, na skwerach, w parkach, na ulicach), gra się wszystko (jazz, rock, world music, muzykę klasyczną, piosenkę francuską, soul) i gra się praktycznie o każdej porze. W tym roku jednak w tym całym bogactwie stylów, lokalizacji i lokali, wprowadzono jedno ograniczenie: gra się wyjątkowo kobieco. 29-ta edycja Fete de la Musique celebruje bowiem muzykę kobiet (musique au féminin) i przeglądając program przewidzianych na poniedziałek koncertów, nie da się tej feministycznej tendencji nie zauważyć. Nie będę nawet próbowała streścić programu tegorocznej imprezy, kto ciekaw niech zajrzy tutaj i złapie się za głowę widząc 67 stron (!) paryskiego programu. A jak już ochłonie, niech sobie coś ciekawego wybierze – albo po prostu powłóczy się w poniedziałek po Paryżu i da się skusić kobiecym dźwiękom stolicy.
Dla tych, których nadmiar wyboru paraliżuje, proponuję o wiele spokojniejszy i ciut bardziej koneserski Paris Jazz Festival w Parc Floral. Nie dość, że jeden gatunek muzyki (jazz), nie dość, że w jednym miejscu (Parc Floral, jeden z piękniejszych paryskich parków), to jeszcze ograniczony czasowo (koncerty tylko w weekendy po południu). Sama zajrzałam na imprezę w zeszłą niedzielę, kiedy to na scenie przy palmiarni publiczności do pikników przygrywał nasz polski Jan Garbarek. I choć przyznaję, że fanką jazzu nie jestem, to koncert w pięknym otoczeniu, przy (wyjątkowo w zeszłą niedzielę) pięknej pogodzie i w pięknej cenie 5 euro zaliczyłam do wydarzeń udanych i potencjalnie do powtórki, zwłaszcza w wersji piknikowej. Festiwal potrwa do 1 sierpnia, o tym, jacy artyści zawitają do Parc Floral w paryskim Bois des Vincennes w kolejne weekendy, przeczytacie tutaj.
A na koniec z zupełnie innej beczki, trochę przewrotnie i popkulturowo: festiwal Paris Hip Hop – 2 tygodnie hip-hopowego szaleństwa (od 22 czerwca do 4 lipca). 300 artystów, 15 wydarzeń (koncerty, imprezy taneczne, wystawy street art i graffitti, konferencje i debaty) i duuużo słów – osobiście mam dziwną słabość do hip-hopu w języku Moliera, ale nie jestem na tyle undergroundowa i – jak to mawiają Francuzi – branchée, żeby Wam tu o występujących na festiwalu artystach ekspercko opowiadać – niech zatem chłopcy przedstawią się sami:
Ekspresowy, bo rano wyjeżdżam i muszę jeszcze parę rzeczy przed tym wyjazdem zrobić, ale nie mogłabym nie zareklamować tu dwóch wydarzeń paryskich, które planowane są na ten weekend i które na pewno z wielką chęcią “‘zaliczyłabym”, gdyby nie ten wyjazd (na który zresztą też ogromnie się cieszę!). Mam nadzieję, że ktoś z czytających się w moim imieniu skusi!
Po pierwsze i przede wszystkim Portes Ouvertes Ateliers d’Artistes de Belleville od jutra, 28 maja do poniedziałku, 31 maja. Artyści ze współczesnej dzielnicy paryskiej bohemy otwierają swoje pracownie dla ciekawskich pasjonatów sztuki – moją relację z zeszłorocznej edycji imprezy znajdziecie tutaj, więcej o tegorocznych Drzwiach Otwartych przeczytacie na stronie artystów z Belleville. W tym roku impreza odbywa się pod bardzo intrygującym hasłem “La fragilité de l’escargot” (kruchość ślimaka). Inspiracją do wyboru tematu miał być trwający właśnie Międzynarodowy Rok Różnorodności Biologicznej oraz Europejski Rok Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym – bardzo ciekawa jestem, jak paryscy artyści alternatywni poradzą sobie z tym jakże szlachetnym i zaangażowanym motywem przewodnim! W ten weekend w Belleville ponad 250 twórców zaprasza na wystawy, koncerty, projekcje filmów, pokazy street art i happeningi – szczegółowy program Drzwi Otwartych ściągnięcie tutaj. Gorąco polecam wizytę w Belleville! (A jeśli któraś z zaprzyjaźnionych paryskich blogowiczek się w ten weekend na imprezę wybiera, to z niecierpliwością czekam na recenzję! ;-))
Druga impreza trochę z innej bajki, choć w sumie obydwie możnaby podciągnąć pod etykietkę urban art. Choć M6 Mobile Mega Jump przemówi prawdopodobnie do mniejszej grupy czytelników, ale na pewno przyciągnie miłośników rolek i innych sportów miejskich. W ten weekend pod Wieżą Eiffla Taïg Khris, mistrz rolek w wydaniu ekstremalnym, będzie próbował pobić rekord świata w skoku na rolkach, deskorolce i BMX-ie (okazuje się, że to jedna kategoria) – zeskakując spektakularnie (mam nadzieję, że nie zbyt spektakularnie ;-)) z pierwszego poziomu paryskiej Żelaznej Damy, czyli – bagatela – z wysokości 40 metrów! W związku z tym przez cały weekend na Polach Marsowych odbywać się będzie festiwal sportowy – darmowe pokazy, lekcje i konkursy dla amatorów. Jeśli więc ktoś zastanawiał się ostatnio dlaczego paryska Wieża Eiifla dorobiła się w tym tygodniu swoistego języczka – voila, oto macie odpowiedź, to rampa dla mistrza rolek! Szczegóły na temat imprezy znajdziecie tutaj.
No i na koniec obiecany prezent (jak się rzadko pisze, to trzeba potem uciekać się do przekupstwa, by nie stracić czytelników ;-)). Prezent wprawdzie nie ode mnie, ale od mojej ulubionej “dziewczyńskiej” paryskiej strony MyLittleParis.com – choć samo dzielenie się linkiem do tej strony, to jak zdradzenie sekretu, znajdziecie tam bowiem niesamowite oferty (głównie w kategorii zakupy, moda i uroda). Tym razem rozdawane są specjalne zaproszenia na ventes privées, czyli wyprzedaże zamknięte w butikach paryskich projektantów. Tutaj znajdziecie linki do “bilecików” uprawniających do bardzo atrakcyjnych zniżek u takich marek jak Les Petites, Comptoir des Cotonniers, Scarlet Roos, See by Chloe, American Retro i kilku innych. Radzę się pośpieszyć z drukowaniem zaproszeń, bo większość wyprzedaży trwa tylko parę dni i kończy się właśnie w ten weekend. Udanych zakupów!
Inspiracją do tej “nadprogramowej” części kalendarza paryskiego jest zbliżający się wielkimi krokami niespodziankowo-urodzinowy wyjazd do Stambułu, o którym dowiedziałam się wczoraj (mówię tu o samym wyjeździe, bo o Stambule już coś tam kiedyś słyszałam ;-)) i którym jestem niesamowicie podekscytowana!
Moim odruchem warunkowym na nowy cel podróży jest zaopatrzenie się w odpowiednią literaturę – tutaj akurat nie miałam problemu, bo Stambuł chodził za mną od pewnego czasu, a na półce jakby specjalnie na tę okazję czekały grzecznie “Oko świata” Maxa Cegielskiego oraz “Stambuł” Orhana Pamuka.
Dodatkowo miło mi się zrobiło kiedy przeglądając wczoraj ofertę kulturalną na najbliższe dni, odkryłam, że w Paryżu odbywają się obecnie dwie wystawy z Orientem w tytule, które mogą okazać się świetnym przygotowaniem wizualno-klimatycznym do wyjazdu. Pierwsza z nich to Les Orientales w Maison Victor Hugo. “Les Orientales” to tytuł tomiku wierszy francuskiego pisarza wydany w 1829 roku. Wizja Orientu wyłaniająca się z kart tej książki stała inspiracją dla romantycznych artystów epoki, takich jak Géricault, Girodet, a później Boulanger i Delacroix, których prace możemy obejrzeć na wystawie. Orient (tym mianem określano kraje takie jak kreślano Grecja, Turcja, Liban, Syria, Palestyna i Egipt) był przecież swoistą dziewiętnastowieczną obsesją europejskich artystów.
Oczywiście XIX-wieczne przedstawianie Orientu spotkało się w naszych czasach z krytyką jako nasiąknięte protekcjonalizmem, imperializmem i rasizmem (co pięknie zademonstrował Edward W. Said w swojej książce “Orientalizm”) – według mnie jednak ta kontrowersja to kolejny argument za tym, by wystawę obejrzeć na własne oczy. Ekspozycja w Maison Hugo skupia się na przedstawieniu wpływu poetów i pisarzy-podróżników na innych artystów epoki romantyzmu – kuratorzy zebrali ponad sto obrazów, rzeźb i rysunków ilustrujących te powiązania i inspiracje. Wystawa potrwa do 4 lipca.
Druga orientalna wystawa ma nieco inny charakter, choć również skupia się na bardzo tradycyjnej, romantycznej wizji krainy przepychu, rozkoszy zmysłowych i egzotyki – tym razem w interpretacji współczesnych projektantów produktów luksusowych. Mowa tu o Orient-Hermès w Institute du Monde Arabe. Ta wystawa to wizja Orientu według Leïla Menchari, projektantki tunezyjskiego pochodzenia, która od 1978 projektowała witryny paryskiego butiku Hermèsa. W Instytucie Świata Arabskiego możemy obejrzeć osiem imponujących kompozycji artystki, inspirowanych licznymi podróżami oraz dzieciństwem spędzonym w Tunezji. Połączenie orientalnej estetyki przepychu, feeri barw i egzotyki z luksusem kultowej francuskiej marki to prawdziwa uczta dla zmysłów – zresztą, zobaczcie sami. Wystawa potrwa do 6 czerwca.
Zacznę bardzo tradycyjnie – od dwóch dużych, znanych i renomowanych imprez.
Pierwsza to La Nuit des Musées européenne czyli paryska edycja Europejskiej Nocy Muzeów. Już jutro, 15 maja, ci, którym nie straszne wiatry i deszcze tegorocznej wiosny, będą mogli spędzić większość wieczoru marznąc w długaśnych kolejkach przed wybranymi paryskimi muzeami… Mimo tego, że z perspektywy dzisiejszego popołudnia jakiekolwiek wyjście z ciepłych domowych pieleszy może wydawać się mało kuszące, pamiętajmy jednak, że to Paryż i oferta na jutrzejszą noc jest rewelacyjna! Zresztą, zobaczcie sami – w programie przewidziano tyle ciekawych wystaw i imprez zaplanowanych specjalnie na tę okazję, że kto wie, czy nie ogarnie mnie decyzyjny paraliż i nie zostanę jednak w domowym ciepełku, zwłaszcza jeśli jutrzejsza aura będzie nadal tak ‘urocza’ jak dzisiaj ;-) Więcej informacji tutaj.
Drugą imprezą jest rozpoczynająca się w tę niedzielę 10-ta edycja festiwalu Jazz à Saint-Germain-des-Prés. Impreza potrwa dwa tygodnie, od 16 do 30 maja, a w jej ramach będzie można posłuchać znanych i nieznanych jazzmanów – oraz jazzmanek (jazzwomen?), wschodzących gwiazd gatunku, które zaprezentują się w tę niedzielę podczas darmowego koncertu Jazz au féminin w Eglise Saint-Germain-des-Prés (koncerty od 13:30 do 20:00, więcej informacji tutaj). Jubileuszowej edycji festiwalu towarzyszyć też będą wystawy malarstwa i fotografii, między innymi ekspozycja fotografii Philippe Lévy-Stab’a zatytyłowana “Jazz, dusza Nowego Jorku”, którą będzie można podziwiać za darmo aż do końca lipca. Szczegółowe informacje o festiwalu, jego programie, biletach oraz imprezach towarzyszących znajdziecie pod adresem www.festivaljazzsaintgermainparis.com.
Praca, praca i praca oraz tak zwane stresy codziennej egzystencji kazały mi zapomnieć o tym, że mieszkam w jednym z najciekawszych miast na świecie (o tym, że gdzieś tam w sieci zarasta internetowym kurzem mój blog o tym mieście już nawet nie wspominając…). Wystarczyło jednak jedno niedzielne popołudnie i tak mały impuls jak buntownicze rzucenie laptopem, wzięcie mojego beau pod pachę i udanie się wolnym krokiem w stronę Buttes Chaumont, po drodze robiąc eksperymentalne zakupy w koszernych sklepikach przy Rue Petite i Rue Manin, by w końcu roztopiły się we mnie resztki gnębiącej mnie ostatnio obojętności wobec tego miasta. Niby nic wielkiego, krótki spacer po własnym podwórku, o słynny turystyczny Paryż nawet przecież nie zahaczyliśmy, ale popijając piwo wśród niedzielnych tłumów w rozkwieconym parku dokonała się we mnie mała rewolucja – w końcu poczułam na nowo szczere pragnienie poświęcenia więcej uwagi Paryżowi.
Zaległości mam ogromne, aż wstyd się przyznać, ale właśnie przebijam się przez setki nieruszonych RSS-ów i gazet próbując sporządzić listę tego, co w najbliższym czasie warte jest zachodu. W przyszłym tygodniu szykuje się długi weekend, więc sporo będzie się działo, między innymi paryska edycja Europejskiej Nocy Muzeów. Poza tym parę ciekawych wystaw – ja ostrzę sobie zęby na retrospektywę Yves Saint Laurenta w Petit Palais, kilka ciekawych imprez fotograficznych oraz Świętą Rosję w Luwrze. Prawdopodobnie i tak nie znajdę na to wszystko czasu, ale wrócę chociaż do sporządzania tygodniowych list ciekawych wydarzeń tutaj – jeśli już nie dla czytelników, którzy zdążyli sobie znaleźć w międzyczasie bardziej niezawodne źródło informacji, to chociaż dla samej siebie – żeby znowu nie zapomnieć.
I jeszcze parę zdjęć paryskiej wiosny – wprawdzie to nie dzisiejszy Buttes Chaumont, a Bois de Vincennes rok temu o tej samej porze… tam też trzeba się w końcu wybrać przywitać wiosnę!
Mój związek z Paryżem jest ostatnio bardzo luźny, ale jeszcze ze sobą nie zerwaliśmy. Widujemy się od czasu do czasu, głównie w przelocie między jednym a drugim spotkaniem z innymi (ludźmi i miastami), często na dworcach, kiedy czekam dłużej niż powinnam na pociąg, bo Paryż akurat strzela focha i strajkuje (oj, często mu się to zdarza, no ale wybaczam mu, zaniedbywany faworyt musi jakoś próbować zwrócić na siebie uwagę…).
Chyba mu jednak wciąż na moich uczuciach zależy, bo ostatnio wyjątkowo mocno stara się o moje względy – a że znamy się już dość dobrze, to wie, że mnie łatwo wziąć na dobry rockowy festiwal, koniecznie w lecie i najlepiej niezbyt daleko od domu, bo na starość leniwa się robię… I tak w ciągu ostatniego tygodnia Paryż mocno wywijał mi przed nosem składem swoich trzech festiwalowych imprez. Sęk tym, że momentami trochę nieporadnie. No bo…
Villette Sonique – od 31 maja do 6 czerwca Tu akurat wątpliwości nie ma żadnych, do parku Villette mam słabość przeogromną, a festiwal Villette Sonique to (obok Cinema au plein air) jedna z moich ulubionych parkowych imprez. W zeszłym roku dałam się mocno porwać atmosferze alternatywnego festiwalu, na którym większość występujących to formacje mało znane (przynajmniej dla takiego bezwstydnego “mainstreamowca” jak ja), niektóre bardzo ciekawe. Nie ukrywam, że najbardziej podobały mi się darmowe koncerty pod gołym niebem w różnych zakamarkach parku i towarzysząca im, szaleńcza czasem, atmosfera. W tym roku będzie prawdopodobnie równie ciekawie – nie będę udawała, że znam wszystkie składowe zespoły, choć na kilka już gdzieś przedtem trafiłam, inne conajmniej intrygują (Fuck Buttons, anyone?). Niestety, Paryż nie postarał się jeśli chodzi o termin – podczas festiwalowego tygodnia nie będzie mnie w mieście. Ale gdyby ktoś z Was miał ochotę poodkrywać nowe dźwięki w nietypowym otoczeniu, z całego serca polecam! Płatne koncerty i imprezy taneczne odbywają w Grande Halle de la Villette, darmowe porozsiewane są po całym parku. Więcej na www.vilettesonique.com.
Solidays – od 25 do 27 czerwca Z tego trzydniowego festiwalu organizowanego w solidarności z walką z AIDS wyłania się powoli mało prawdopobny faworyt. Bo i akurat w Paryżu jestem, i cena bardzo przystępna, i cel szczytny – no i skład robi się coraz bardziej ciekawy. Mieszanka stylowa jest dość eklektyczna – wśród wielu mniej lub bardziej znanych zespołów, w tym licznych francuskich (co akurat podoba mi się bardzo, bo nadal doedukowuję się w dziedzinie francuskiej muzyki), można będzie też usłyszeć “małe giganty” jak Kasabian, Archive, N.E.R.D. (to akurat gigant w świecie mojego specyficznego, nieco hip-hopowatego gustu), Indi Zahra, Jil is Lucky oraz Królową (Vanessa Paradis) i Księżniczkę (Olivia Ruiz) francuskiej sceny pop. A poza tym dużo mało znanych lokalnych paryskich zespołów, trochę world music i trochę jazzu. Całość brzmi całkiem nieźle – szczegóły tego, co dokładnie w ramach tej całości zabrzmi, znajdziecie tutaj.
Rock en Seine – od 27 do 29 sierpnia Tu mam do Paryża najwięcej pretensji. Po zeszłorocznym, bardzo udanym (pomijając mały incydent z braćmi Gallagher) festiwalu kupiliśmy bilety na tegoroczną edycję w ciemno – Rock-en-Seine to jedyny znany mi festiwal na taką skalę, z którego można wrócić do domu metrem, a ja jak już wspominałam, starzeję się i podczas gdy mogę spać pod namiotem na wakacjach w Afryce, festiwalowe pola namiotowe to dla mnie już za duży hard-core ;-) Czekałam więc ufnie z moim trzydniowym karnetem na ogłoszenie tegorocznego składu – i gdy to nastąpiło mina mi trochę zrzędła. Owszem, jest parę mocnych punktów (m.in. Massive Attack, The Kooks, Skunk Anansie, Queens of the Stone Age, Beirut, Arcade Fire), organizatorzy wykazali się też poczuciem humoru (Blink 182!) oraz ukłonili w stronę takich starych sympatyków old-skulowego hip-hopu jak ja (Cypress Hill!). Ale porównując z pierwszym lepszym dużym tegorocznym festiwalem – jest słabo. Imprezę mimo wszystko polecam (więcej informacji na temat składu, cen i biletów na www.rockenseine.com) – mam nadzieję, że puste miejsca na afiszu zapełnią się do tego czasu jakimiś mocniejszymi akcentami, prosiłabym też Paryż o dodanie trochę francuskich nazwisk, jak już wspomniałam, w celach odkrywczo-edukacyjnych…
Bo w życiu tak to już jest, drogi Paryżu, że o względy kobiece trzeba się czasem trochę postarać… Choć Paryż w swojej legendarnej zarozumiałości wie dobrze, że tak czy siak do niego powrócę – i to najprawdopodobniej na długo przed tymi wszystkimi letnimi festiwalami ;-)
Po miesiącu spędzonym w Afryce, w tym tygodniu na odłączonym od dopływu prądu Zanzibarze, już wiem, czemu Paryż nazywają Miastem Świateł. Nasz samolot z Nairobi dotarł nad stolicę Francji na długo przed wschodem słońca – i to, co mnie uderzyło najbardziej, to właśnie ta szokująca feeria świateł w środku nocy…
A poza tym to mam wielkie zaległości z Paryża, które planuję stopniowo nadrabiać i reaktywować bloga krok po kroku – proszę jeszcze o trochę cierpliwości, zaległości z Paryża to tylko kropla w wielkim morzu zaległości, które sobie przez ten miesiąc zakumulowałam ;-) W każdym bądź razie jestem i czuję silną wewnętrzną potrzebę zaznajomienia się na nowo z tym tak zaniedbywanym przeze mnie ostatnio, a tak pięknym miastem (bo gdy wczoraj w nocy zobaczyłam rozświetloną Operę Garnier, znowu uwierzyłam w jego piękno). Na razie jedynym zaplanowanym wyjściem jest wizyta w hammamie – moja spieczona afrykańskim słońcem skóra i włosy pilnie domagają się poświęcenia im uwagi, a nie jestem jeszcze gotowa do tego, by całkiem zrezygnować z egzotyki… Ale muzea, kina, galerie i Wielkie Europejskie Miasto już kuszą swoją ofertą!
Kochani, jak z pewnością zauważyliście tegoroczna zima dała nam wszystkim mocno w kość – zmroziła kompletnie tak łagodną przecież o tej porze roku Wielką Brytanię, sparaliżowała Eurostar i PKP, narobiła chaosu na europejskich dworcach i lotniskach, zamieniając niektóre z nich w masowe sypialnie, nie wspominając nawet o tym, że po raz kolejny zaskoczyła drogowców – a mnie dodatkowo obdarowała męczącą grypą, z którą mniej lub bardziej zaciekle walczę praktycznie od Świąt… W tej sytuacji, ja, Gorąca – jak sama nazwa wskazuje stworzenie ciepłolubne – postanowiłam się na tak bezczelnie zimną europejską zimę obrazić… i przenieść się na jakiś czas pod sam równik, gdzie akurat afrykańskie lato w pełni ;-)
Za trzy tygodnie wsiadam w samolot do Nairobi, by spędzić luty w Kenii i Tanzanii, a tam oprócz “przepisowego” safari w Serengeti i na kraterze Ngorongoro, spróbować ziścić odwieczne marzenie o wdrapaniu się na ośnieżony szczyt Kilimandżaro oraz spełnić swoje jeszcze inne, bardziej prywatne marzenie na jednej z egzotycznych plaż Zanzibaru… Wbrew temu, co napisałam powyżej, wyjazd ten nie jest spontanicznym fochem spowodowanym zimą w Paryżu (niestety, bo fajnie byłoby gdyby mnie było stać na takie fanaberie!), wyprawę planowaliśmy w teorii od dłuższego czasu, w praktyce natomiast wyszło i tak bardzo na hurra – i teraz mam niewiele czasu na przygotowania i załatwienie miliona spraw na ostatnią chwilę (w sumie nihil novi…). Wybaczcie mi więc proszę, jeśli Paryż nie jest teraz moim priorytetem – przez najbliższe parę tygodni będę zajęta gorączkowymi przygotowaniami do podróży, które to, jak i samą wyprawę, mam zamiar w miarę możliwości opisywać, ale nie tutaj, a pod innym adresem (nie chcę “profanować” paryskiej tematyki tego bloga ;-)). Jak tylko miejsce to się zmaterializuje wkleję tu linka dla tych, którzy mieliby ochotę na trochę “Afryki na gorąco”:-)
UPDATE: Zainteresowanych zapraszam tutaj (póki co “wersja robocza”).
Noc sylwestrowa na ulicach Paryża to z pewnością jedna z najbardziej przereklamowanych “atrakcji” świata. Kto choć raz witał Nowy Rok w tłumie na Polach Elizejskich czy Marsowych, ten wie, że Paryżanie nie bardzo starają się o to, by zapewnić setkom tysięcy marznących pod zimowym niebem gości jakiekolwiek atrakcje. Sama miałam okazję doświadczyć sylwestrowego ulicznego Paryża w zeszłym roku i muszę przyznać, że najbardziej zabawowa atmosfera panowała… w metrze, które dowiozło mnie i dziki tłum ludzi pod Łuk Triumfalny kilkanaście minut po północy (z powodu tłoku pociąg stał na każdej stacji dobre parę minut, w związku z czym szampany i pierwsze toasty wystrzeliły o północy w ściśnięty tłum w wagonach – co było zdecydowanie oryginalnym sposobem na przywitanie Nowego Roku ;-)).
Po wydostaniu się na słynne oświetlone tysiącami światełek Pola Elizejskie mojemu rozczarowaniu nie było granic, zwłaszcza, że przy wyjściu dałam sobie naiwnie zarekwirować butelkę szampana… Nie działo się nic, poza tłumem spacerowiczów oraz czającymi się na późniejszą rozróbę grupkami młodych gniewnych z narodowymi flagami – ani jednego fajerwerka, ani występu żadnej lokalnej półgwiazdy (a w moim poczciwym Wrocławiu na Rynku grała Doda i Modern Talking! ;-)). Postaliśmy w tym tłumie 10 minut, zrobilismy zdjęcie i udaliśmy się na ciąg dalszy imprezy w domu. Przynajmniej mieliśmy taką opcję – żal mi tylko było turystów specjalnie przyjeżdżających na tę okazję autokarem z drugiego końca Europy…
W tym roku jednak wszyscy, którzy zapłacili ciężkie pieniądze za to, by doświadczyć “magicznego Sylwestra na ulicach Paryża” mają szansę w końcu nie czuć się zrobieni w balona! Oto bowiem Miasto Świateł postanowiło zainwestować dodatkowo w fajerwerki oraz laserowe projekcje, które zostaną wyświetlone o północy na Wieży Eiffla. Jeśli show będzie choć trochę dorównywał temu, co zaprezentowało nam Szanowne Merostwo w Święto 14 lipca, to naprawdę naprawdę polecam! Od godziny 23 paryska Żelazna Dama będzie obiektem projekcji świetlnych, które będzie można oglądać na żywo z Trocadero, albo w internecie od godziny 23:40 pod adresem 31decembreaparis.com. Oprócz pokazu na Wieży Eiffla, organizatorzy obiecali też transmisje z bali Sylwestrowych w kilku słynnych lokalach paryskich, w tym Moulin Rouge, La Bellevilleoise i La Favela Chic. Mały przedsmak tego, co zobaczycie poniżej:
Za półtorej godziny mam spakować walizki, narzeczonego i psa i wyruszyć w długą białą drogę do Wrocławia (a potem, jak na polskie Święta przystało, szlakami bliższej i dalszej rodziny jeszcze głębiej w Polskę). Na razie i narzeczony i pies jeszcze śpią, ja więc korzystam z okazji by szybko zrobić przegląd tego, co się będzie działo w Paryżu podczas gdy my będziemy pewnie stać w gigantycznym korku na którymś z niemieckich Autobahnów ;-)
Generalnie rozpisywać się nie będę – Święta w Paryżu i w tym tygodniu to przede wszystkim rozświetlone ulice, dekoracje i kreatywne sklepowe wystawy, marchés de Noël większe lub mniejsze w niemal każdej dzielnicy, darmowe lodowiska pod gołym niebem (polecam to pod Hotel de Ville, z widokiem na pięknie oświetloną Notre-Dame) oraz parę dodatkowych atrakcji, o których wspominałam w moim poprzednim wpisie. Jeśli ktoś chciałby wizualizację świątecznego Paryża, polecam odwiedziny na blogu I Prefer Paris , którego autor przez ostatnie parę tygodni pilnie i pięknie dokumentował na zdjęciach to, co warte zobaczenia.
Gdyby ktoś miał jednak przesyt tych wszystkich tradycyjnych świąteczności, polecam trzy imprezy “świąteczne inaczej”. Zaczniemy subiektywnie od Parku de la Villette, gdzie w ten weekend w Grande Halle odbywa się właśnie nic innego jak kolejny jarmark świąteczny, ale… tropikalny. MINT (Marché International de Noël Tropical) Expo to ponad 150 wystawców z Afryki, Karaibów i francuskich departamentów zamorskich prezentujących produkcje ze swoich krajów od mody i kulinariów poczynając na rękodziele i dekoracjach domowych skończywszy, w wydaniu zarówno tradycyjnym jak i trendy i super-nowoczesnym. Pomysł na oryginalne prezenty lub po prostu weekend degustacji egzotycznych smakołyków? Impreza odbywa się od 18 do 20 grudnia,więcej informacji znajdziecie tutaj.
Gdyby ktoś marzł w centrum Paryża (przy obecnej aurze wcale o to nie trudno!), proponuję świąteczną zabawę na gigantycznym wesołym miasteczku, które zainstalowało się pod szklanym dachem Le Grand Palais. Jours de fêtes zostały zainaugurowane wczoraj, potrwają do 1 stycznia. Wstęp w ten szalony, bajkowy świat, niemalże pod gołym (bo przeszklonym) niebem kosztuje 5 euro. Atrakcje typowego tradycyjnego wesołego miasteczka, wystawa poświęcona historii tychże oraz program muzyczny z obozem cygańskim jako motywem przewodnim – więcej informacji na temat imprezy znajdziecie tutaj.
Ci, którzy jednak wolą podziwiać świąteczny Paryż z zewnątrz, jednak chcieliby się choć trochę rozgrzać, a le vin chaud sprzedawane na licznych jarmarkach świątecznych wychodzi im już bokami, mogą zajrzeć na rue de Vieille Temple w Marais, gdzie do końca grudnia zainstalował się sklepik z wymyślnymi koktajlami i drinkami – na wynos! Koktajle przyrządzamy sami (niekoniecznie na ulicy, pamiętajcie, że spożywanie alkoholu w niektórych miejscach publicznych w Paryżu jest nielegalne!) – sklep zaopatrzy nas w specjalny zestaw potrzebnych przyborów i składników. Potencjalnych domo-barmanów odsyłam po szczegóły tutaj. A ja tymczasem życzę wszystkim czytającym wspaniałych – i też szampańskich Świąt! :-)
Okres przedświąteczny w Paryżu to czas kiedy “everything is illuminated” – dosłownie. Ulice skrzą się kolorami światełek na niemal wszystkich drzewach i budynkach, do tego atrakcyjne, zaprojektowane przez pierwszą ligę witryny w Grand Magasins na Boulevard Haussman, diabelski młyn na Placu Concorde oraz jarmarki świąteczne z tradycyjnymi drewnianymi budkami i grzanym winem na każdym kroku. Tak przynajmniej przywitał mnie przedświąteczny Paryż w zeszłym roku, w tym roku muszę wierzyć na słowo mediom i znajomym, sama jeszcze nie miałam okazji wybrać się na długi wypad do centrum, by podziwiać tę szaloną świąteczną feerię w Mieście Świateł. Zaległości te mam nadzieję jednak nadrobić choć częściowo w ciągu najbliższych dziesięciu dni – a lista przedświątecznych potencjalnych rzeczy do zaliczenia jest dość długa…
Zaczniemy komercyjnie (a więc zgodnie z duchem świątecznym ostatnich lat ;-)) od vitrines et façades Grand Magasins, czyli wielkich domów handlowych na Boulevard Haussman. Po zeszłorocznej “Chanel w kosmosie” kreacji samego mistrza Lagerfelda, tegoroczne wystawy sklepowe w Galeriach Lafayette i Printemps wydają się bardziej tradycyjne (uwagę zwraca istny nawał zwierzaków – pluszowe misie, króliczki i… gęsi, oraz tak modne w tym sezonie w Paryżu motywy rosyjskie). Tutaj znajdziecie parę fotek dekoracji, w których swój udział mieli między innymi Jean-Paul Gaultier, Kenzo, Marc by Marc Jacobs, Maje i Zadig & Voltaire. Więcej informacji na temat projektów znajdziecie natomiast tutaj.
Paryskie Marché de Noël na pewno warte są odwiedzenia, chociażby ze względu na serwowane tu “swojskie” francuskie przysmaki i pyszne vin chaud (grzane wino). Najbardziej znany chyba jest jarmark świąteczny na Polach Elizejskich, drewniane budki ze świątecznym kiczem znajdziecie też między innymi na placu Saint-Sulpice i Saint-Germain des Pres oraz (w wersji miniaturowej) na Montmartre. Moim ulubionym jarmarkiem świątecznym jest natomiast ten na La Defense z surrealistycznym kontrastem tradycyjnych świątecznych budek na tle nowoczesnych wieżowców. Poza tym znajdują się tam stoiska z najpyszniejszym francuskim “chłopskim jadłem” jakie można uświadczyć w Paryżu na świeżym zimowym powietrzu. Jarmarki otwarte są do 28 grudnia, więcej na temat znajdziecie tutaj.
Do 28 grudnia w Jardins des Champs Elysees można też obejrzeć wystawę Ice Magic na której zebrano ponad 50 gigantycznych rzeźb z lodu przedstawiających między innymi najsłynniejsze zabytki Paryża oraz kopie klasycznych dzieł (Rodin w lodzie, anyone?). Tutaj możecie obejrzeć kilkanaście fotografii oraz filmik z wystawy, oraz przeczytać ciekawy tekst o lodowych artystach. Jeśli artykuł Alexandra Rosa Was zachęci ubierzcie się ciepło (w namiocie wystawowym jest -6 stopni!) i zaopatrzcie w 12 euro na bilet.
Tyle na dzisiaj. Że niby kiczowato? W końcu to święta! ;-) A jakby Wam było tego kiczu mało to obejrzyjcie sobie jeszcze ten klip z otwarcia sezonu świątecznego na Champs Elysees – uroczyste inauguracji dokonał nikt inny jak Szanowni Państwo Mickey i Minnie Mouse! Ha!
Zanim powrócę jak gdyby nigdy nic do regularnego blogowania, czuję się w obowiązku poprzedzić mój pierwszy “normalny” wpis małym wytłumaczeniem, dlaczego mnie nie było i gdzie byłam jak mnie nie było (z tego miejsca pragnę gorąco pozdrowić czarę ;-)).
No dobra, z tym “gdzie” to mało ciekawe będzie – nie ruszałam się bowiem ani na krok z Paryża. Przepraszam więc za brak informacji o tym, co fascynującego się przez ten czas w tym fascynującym mieście działo – nie mam pojęcia, zakopana byłam bowiem po uszy w pracy, nauce i… rozwiązywaniu międzynarodowych afer (tak, czasem życie zwykłej Gorącej & co przypomina amerykański film sensacyjny… niestety opisy takich rzeczy na tego bloga się nie nadają, nie tylko ze względu na ich “nieparyskość”, ale też dlatego, że są – a jakże! – tajne przez poufne ;-)). Oprócz i na skutek powyższego przyszło mi też opiekować się najbardziej niezwyczajnym psem na świecie, który niestety mi się z tego nadmiaru wrażeń rozchorował – i wspominam o tym między innymi po to, by ostrzec wszystkich nie-psiarzy, że szykuje się tu chyba wpis o paryskich pieskach (i o tym, jak śmiesznie jest wtedy, gdy “pieskowi”, którym przyszło nam się opiekować daleko jest do standardowych tutaj kieszonkowych rozmiarów).
A poza tym przygotowuję się do mojej podróży życia w lutym (o tym wspomnę jeszcze kiedyś na pewno – chociażby po to, żeby wytłumaczyć się z tego, dlaczego w lutym znowu zaniedbam bloga na cały miesiąc ;-)). I gdzieś tak wśród tych wszystkich mniejszych czy większych zawirowań i zupełnie niepostrzeżenie minął rok odkąd wysiadłam z samolotu z Edynburga na nieprzytulnym lotnisku Charles de Gaulle z wielką walizą i z głową pełną wątpliwości i oczekiwań – oraz jakichś trzech na krzyż wyuczonych zwrotów w tutejszym lingua franca… ;-) Plan był taki, że “wypróbujemy” Paryż na pół roku i potem zobaczymy co dalej… póki co planujemy jeszcze conajmniej parę lat tego “dalej” w tym jakże specyficznym, ale mimo wszystko uwielbianym przeze mnie mieście ;-) (a pierwszy “normalny” wpis już jutro).
Szybki dopisek dla tych, którzy lubią zaglądać artystom do pracowni ;-) W ten weekend mamy w Paryżu kolejną imprezę z cyklu “Portes Ouvertes Ateliers d’Artistes”, o tyle bardziej atrakcyjną, że w odbywającą się w mojej ulubionej szóstej dzielnicy Paryża (okolice Saint Germain des Pres i Saint Sulpice z ich szykiem, elegancją, kameralnością, zdrową odrobiną snobizmu i dyskretnym pięknem białych kamieniczek z okiennicami to dla mnie kwintesencja legendarnej “paryskości”). Od wczoraj do końca weekendu ponad 50 artystów tworzących w tzw. triangle d’or (”złotym trójkącie”) Montparnasse, Saint Sulpice i Saint Germain des Pres zapraszają odwiedzających do swoich pracowni. Więcej informacji znajdziecie tutaj i tutaj.
La Fête de la Science to kolejna impreza, o której wczoraj zapomniałam, odbywająca się w ten weekend między innymi w Jardin du Senat (więc można połączyć z odwiedzinami artystycznych atelier), jak i w mojej również ulubionej (choć z zupełnie innych powodów) dziewiętnastej dzielnicy Paryża. Jeszcze dzisiaj i jutro w ramach święta nauki będzie tu można za darmo odwiedzić Cité des Sciences z ich planetarium, wystawami i imprezami dla dużych i małych (głównie jednak dla małych), o których przeczytacie tutaj.
Subiektywny przewodnik po Paryżu i kulturze francuskiej z punktu widzenia Gorącej, świeżo upieczonej "Paryżanki". Informacje, których nie znajdziesz w przewodniku, atrakcje turystyczne dla tych, którym znudziła się już Wieża Eiffla oraz Luwr i chcą poznać prawdziwą twarz Miasta Świateł, a także bliższe spojrzenie na Francuzów z ich słynną joie de vivre, oddaniem modzie i konsumpcją ślimaków.