Miało być ambitnie i alternatywnie, jednak niszowe, filozoficzne slum poetry z przedmieść postanowiłam zostawić na przyszły tydzień – dziś za to będzie wpis zainspirowany najbardziej jarmarkowym i kiczowatym europejskim wydarzeniem muzycznym. Ladies and gentlemen, dzisiaj Eurowizja!
Wiadomość, że Francja wystawiła jako swoją reprezentantkę w tegorocznej edycji tego widowiska Patricię Kaas, jakby nie było gwiazdę pierwszego kalibru, dosłownie wbiła mnie w krzesło… Podczas kilkuletniego pobytu w UK przyzwyczaiłam się, że Eurowizji nie traktuje się poważnie. Transmisję telewizyjną komentuje tam komik Terry Wogan, a jego sarkastyczne uwagi nie oszczędzają nikogo (moja narodowa duma kazała mi się obrażać na niego za każdym razem, kiedy rok w rok parodiował wystrojonego w garnitur Macieja Orłosia oddającego z poważną miną polskie głosy: „u-hm, we’ve got a serious business here”). Wielka Brytania wysyła swoich reprezentantów trochę jak ofiary na pożarcie smoka, bo wiadomo jest, że będą oni potem przedmiotem żartów.
Z takim nastawieniem niewątpliwie kontrastuje podejście Francji, która traktuje chyba konkurs bardzo poważnie, skoro zdecydowała się wysłać na ten pojedynek debiutantów i drugorzędnych artystów estradowych, Patricię Kaas, z jej ponad dwudziestoletnią karierą, międzynarodową sławą i ugruntowaną pozycją w czołówce chanson française. Dla mnie wygląda to na desperacki gest kraju z ambicjami, który ostatni raz wygrał Eurowizję w 1977. Sama Patricia przyznała, że traktuje udział w konkursie jako wyzwanie, swego rodzaju zawody olimpijskie – wróciła jednak bez medalu… Eurowizja to Eurowizja i wygrał jak zwykle nieznany nikomu debiutant, a mistrzyni piosenki francuskiej musiała zadowolić się 8 miejscem.
Tutaj wczorajszy występ Patricii Kaas (nie oglądałam na żywo, ale klip raczej nie powala):
A na koniec Patricia sprzed ponad 15 lat z cudownie francuską piosenką „Mon mec a moi”: