Żaby i ludzie. Cała prawda (?) o Francuzach i żabich udkach.

frog_legs_cuisineZgodnie z podtytułem bloga, szumnie głoszącym, że „nie tylko” Wieża Eiffla, żaby i Luwr, wypadałoby choć raz o tych żabach napisać… (bo o Luwrze i Wieży Eiffla gdzieś tam już wspomniałam). Jak się jednak okazuje, nie jest to takie łatwe zadanie. Przeprowadzając się do kraju „Żabojadów” z Wysp, gdzie na Francuzów potocznie i nagminnie mówi się „Frogs”, nie spodziewałam się, że owa legendarna konsumpcja żabich udek okaże się taką enigmą… I wcale nie oczekiwałam, że zastanę tu ludzi spacerujących po paryskich bulwarach z żabim udkiem w ręce (ślepej wiary w stereotypy oduczyłam się już w podstawówce ;-)), jednak to, że gdzieś tam wśród dostępnych w menu produktów będzie figurowało słówko „grenouille” (czyli „żaba”) wydawało mi się oczywiste…

Niekoniecznie. Przekonałam się o tym przy okazji wizyty koleżanki z Polski, która zażyczyła sobie degustacji żabich udek właśnie. Jakoś tak jednak w naszej nieobytej naiwności stwierdziłyśmy, że nie będziemy próbować tego rarytasu w restauracji, tylko same upichcimy sobie udka „po swojemu” w domu… Ha! Okazuje się, że kupno żabich udek w paryskich sklepach graniczy z cudem – którego nam nie udało się niestety dokonać, mimo całodniowego szturmu na supermarkety i delikatesy w centrum miasta. Szturm zakończył się w ogromnym i wydawałoby się rewelacyjnie zaapatrzonym dziale spożywczym „Le Bon Marche”, gdzie w nasze ręce wpadło coś, co żabie udka kształtem i wyglądem przypominało, nie przypominało jednak etykietką, na której znanego nam słówka „grenouille” nie dało się uświadczyć. Mimo to oportunistycznie zakupiłyśmy dwie paczki specjału, który po skonsultowaniu ze słownikiem już w domu okazał się wędzonymi udkami… przepiórek! Z braku laku koleżanka zabrała je ze sobą do Polski jako oszukane żabie udka dla niewtajemniczonych, a ja zostałam w Paryżu zastanawiając się jak to z tą słynną francuską konsumpcją płazów naprawdę jest…

Doszłam w końcu do (intuicyjnego raczej) wniosku, że żabie udka to obecnie li i jedynie ściema dla turystów – tezę zdawałby się potwierdzać fakt, że jedyna restauracja, o której wiem, że ma w menu „cuisse de grenouille” to stuprocentowo turystyczny przybytek na Montmartre (podejrzewam, że żabami uraczą też szukających wrażeń turystów lokale na Saint-Michel…). W końcu z częściowym wyjaśnieniem zagadki przyszedł niezastąpiony jak zawsze The Guardian.

Z artykułu o złowrogim tytule „Why we shouldn’t eat frogs’ legs” (czyli „Dlaczego nie powinniśmy jeść żabich udek”) dowiedziałam się trzech ważnych rzeczy, a mianowicie:

1) ze względu na to, że nieszczęsne żaby należą do gatunku mocno zagrożonego, już w 1980 roku władze francuskie wprowadziły zakaz ich zbierania w celach komercyjno-konsumpcyjnych (z małymi wyjątkami, ale o tym za chwilę). W tej sytuacji przytłaczająca większość żabich udek we Francji jest importowana (choć istnieje też czarny rynek lokalnych francuskich żabich udek, bien sûr!) – ekologia ekologią, jednak jak każdy Francuz przecież wie, jeśli coś nie jest francuskie, to nie warto tym sobie zbytnio głowy zawracać! ;-)

2) mimo żartów i stereotypów oraz rocznego przeżuwania prawie 4000 ton żabiego mięsa (en masse, nie indywidualnie!) Francuzi wcale nie są jedynym narodem „żabojadów”. Koneserami żabich udek są też Belgowie i Luksemburczycy, a jeśli chodzi o ilość zjadanych żab Francuzom depczą po piętach… Amerykanie (miasto Rayne w Luizjanie zwie się dumnie Światową Stolicą Żab, od smażonych udek nie stroni nawet sam prezydent). Entuzjastami płazów na talerzu są też mieszkańcy Indonezji, Chin, Tajlandii i Wietnamu oraz Ameryki Południowej.

3) historia jedzenia żabich udek we Francji zaczęła się od małego oszustwa (nie muszę więc mieć wyrzutów sumienia z powodu incydentu z udającymi żabie mięso przepiórkami – to niemalże pielęgnowanie tradycji!). W XII wieku francuskim mnichom powodziło się tak dobrze, że zaczęli tyć bardziej niż ustawa przewiduje. Władze Kościoła wprowadziły więc inną ustawę („odchudzającą”), zgodnie z którą duchowni mieli ograniczyć spożywanie mięsa. Żaby zostały jednak sprytnie zakwalifikowane jako ryby – i odtąd w zakonach zaczęto dość często podgryzać udka płazów. Pobożni i biedni chłopi stwierdzili natomiast, że skoro uduchowiona elita żaby podjada, muszą one być naprawdę niezłe – i tak oto naród zaczął jeść żabie udka :-)

Masowa konsumpcja żab należy już jednak chyba do przeszłości. I dobrze, bo szczerze mówiąc przysmak to wątpliwy (wiem, co mówię, bo próbowałam – choć nie we Francji, a… we Wrocławiu!), a żaby to stworzenia całkiem sympatyczne i szkoda byłoby, gdyby zniknęły z naszej planety. Gdyby ktoś jednak mocno się upierał, żeby choć raz w życiu w Paryżu żabich udek spróbować to ma trzy wyjścia. Po pierwsze może wybrać się w najbardziej turystyczne miejsce miasta, gdzie ku uciesze odwiedzających kraj „Żabojadów” gości, restauracje tę słynną specjalność francuską wciąż podają (o jakości jedzenia w takowych lokalach radzę jednak zapomnieć). Drugi sposób to poszukać restauracji z kulinarnymi pretensjami, najlepiej nieziemsko drogiej i mogącej się pochwalić paroma gwiazdkami Michelina, gdzie szefowie kuchni eksperymentują ze wszystkim, żab nie wykluczając. Można w końcu upolować żabę samemu, według prawa francuskiego bowiem łapanie żab do konsumpcji własnej jest wciąż legalne – pod warunkiem, że się je przyrządzi i skonsumuje na miejscu… Hm, smacznego? ;-)

posted: Kulinarnie, Trendy i snobizmy | tagged:

14 comments

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.