Łapanie Yves Saint Laurenta za ogon – czyli o tym, co miało być, a czego nie było

robe-mondrian-yves-saint-laurent-1960Mesdames et Monsieurs, wystarczyły niecałe dwa lata, bym ze zwyczajnej Gorącej stała się Prawdziwą Paryżanką! Taką, która bez słowa znika na cały sierpień i której nie ma aż do wrześniowego masowego powrotu Paryżan do życia, zwanego lokalnie la rentrée. (I aby rozwiać wszelkie wątpliwości od razu zaznaczam, że do tego dla większości śmiertelników niedoścignionego ideału jakim jest la Parisienne udało mi się dojść tylko i wyłącznie pod tym jednym jedynym względem – jeśli chodzi o szyk, grację, owo mityczne je ne sais quoi, no i przede wszystkim odpowiedni attitude – dający się wdzięcznie podsumować wyniosłym pfff! jako reakcją na wszystko – to jeszcze długa i żmudna droga przede mną…)

Niestety Paryżanką okazałam się mocno początkującą, bo podczas gdy weteranki gatunku grzały gibkie kibicie na Lazurowym Wybrzeżu, ja cały sierpień przesiedziałam na piątym piętrze kamienicy w dziewiętnastej dzielnicy. W temacie francuskie wakacje do powiedzenia mam więc niewiele. Co gorsza, nie potrafię nawet opowiedzieć Wam o tym, jak fajnie było w opustoszałym w sierpniu Paryżu, z pozamykanymi sklepami i bez gburowatych autochtonów, nie mogę za bardzo pośmiać się z tłumu amerykańskich turystów, którzy mają czelność podziwiać Skarby Francuskiej Cywilizacji w szortach (bo ze skarpetek do sandałów w tym roku już się nie śmiejemy), tudzież poironizować na temat mało wysublimowanej gawiedzi, która korzystała z uroków nadsekwańskich plaży.

O ile przegapienie wyludnionych ulic, rozentuzjazmowanych Jankesów oraz zmoczonych deszczem leżaków i palm na chodnikach jakoś przełknęłam, odpuszczenie paru innych letnich atrakcji paryskich (filmowe wieczory w Villette, darmowy koncert Tricky’ego pod ratuszem, parę ciekawych wystaw, Rock-en-Seine!) przyszło mi już trochę trudniej… choć melduję, że przeżyłam. Z sierpniowego letargu wyrwałam się dopiero w zeszłą niedzielę, gdy uświadomiłam sobie, że to ostatni dzień retrospektywy Yves Saint Laurenta w Petit Palais, którą koniecznie chciałam zobaczyć (i – nie uwierzycie – opisać na blogu!). Niestety okazało się, że nie tylko ja zostawiłam sobie YSL na ostatni moment… Po wyjściu z metra na Polach Elizejskich zobaczyłam tak wielką kolejkę spóźnialskich, że chciałoby się napisać „pocałowałam klamkę” – gdyby nie to, że aby dostać się do tej klamki musiałabym się najpierw przebić przez tłum kilkuset zniecierpliwionych Paryżan. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że do wystawy zrobiłam pierwsze podejście już dwa tygodnie wcześniej, nie wzięłam jednak pod uwagę faktu, że w Paryżu można zamknąć muzeum z okazji religijnego święta i nie wspomnieć o tym fakcie na stronie internetowej… Ah beh, widocznie ja i Yves nie byliśmy sobie pisani, moja jedyna próba zrobienia czegoś kulturalnego tego lata (choć nie jestem pewna, czy wystawa mody plasuje się zbyt wysoko w hierarchii wydarzeń kulturalnych) spełzła na niczym – a ja kupiłam sobie na pocieszenie Vogue’a oraz… obejrzałam stronę wystawy.

Co w takim razie porabiałam tego lata? Ano po pierwsze łączyłam się w bólu (oraz w uziemieniu w mieszkaniu) z moim chéri, któremu przydarzyło się wylądować na dwa miesiące w gipsie – trochę jakby z mojej winy, a raczej mojego wyjątkowo złośliwie zapodanego tenisowego serwu… Po drugie – pracowałam. Podjęłam odważną decyzję o przecięciu wszystkich łączących mnie z innymi więzów zawodowych i poświęciłam się rozkręcaniu własnej firmy. Niestety, gdybyście oczekiwali, że będę w stanie Wam ciekawie opowiedzieć o prowadzeniu francuskiego biznesu, też Was muszę rozczarować – firma jest brytyjska (może i mieszkam w Paryżu prawie dwa lata, może i jestem odważna – ale na pracę z Francuzami nie jestem jeszcze gotowa!). Co przy okazji uświadomiło mi, że mentalnie tak naprawdę nigdy nie wyprowadziłam się z Wysp – tam pracuję (wirtualnie of course), konsumuję głównie tamtejsze media, zakupy robię nałogowo na brytyjskim Amazonie – i że coś trzeba z tym fantem zrobić…

Wzięłam się więc ostro za francuski, zapisałam się w końcu do biblioteki i zafundowałam sobie indywidualny Cours de Civilisation Française – aby trochę lepiej poznać kulturę kraju, w którym przyszło mi mieszkać. Oczywiście mój wybór lektur i filmów jest totalnie autorski i uzależniony od moich aktualnych chętek (oraz wyboru w lokalnej bibliotece!). Staram się więc codziennie coś przeczytać lub obejrzeć po francusku, a jako, że przy okazji dokonuję sporo fajnych odkryć stwierdziłam, że dobrze byłoby czasem coś odnotować na tym blogu (generalnie „dobrze byłoby czasem cokolwiek odnotować na tym blogu” – ale nie bądźmy złośliwi!). Skupiam się głównie na literaturze współczesnej, z powodu ograniczeń językowych póki co raczej nie na tej z najwyższej półki – poza tym ja programowo nie stronię od popkultury, a klasyków (przynajmniej teoretycznie!) pamiętam z liceum. No a że przy tym systemie dobór dzieł staje się totalnie eklektyczny i przypadkowy, całe doświadczenie jest przez to o wiele ciekawsze. Kto wie, może tych, którzy są tak zieloni z francuskiej kultury współczesnej jak ja, sporadyczne zapiski z tej mojej auto-edukacji zainteresują… Oczywiście nic nie obiecuję, bo ci, co znają trochę ten blog wiedzą, że obiecywałam już nie raz… no ale pffff! ;-)

posted: Blogowy Off Topic, Kultura

9 comments

Post a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.